Wypadek na Kanale Żerańskim. Brat zmarłego oskarża operatora śluzy

Redakcja dzień .

 

Na początku października na Kanale Żerańskim zginął 23-latek. - Po śmierci Kamila pojawiło się dużo nieprawdziwych informacji i plotek. To kłamstwa, że szalał na skuterze i spadł z niego. Silnik był wyłączony. Gdyby nie operator śluzy, Kamil by żył - mówi nam brat zmarłego mężczyzny. Administrator śluzy nie komentuje sprawy. Prokuratura prowadzi dochodzenie w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci.

Do tragedii doszło w niedzielne przedpołudnie, 4 października, na wysokości ulicy Zarzecze. Trzech mężczyzn pływało tego dnia na skuterach wodnych. W rejsie brali udział: zmarły Kamil Krzycholik, jego brat Łukasz Krzycholik i ich przyjaciel - Michał Jarząbek.

Kamil zginął w okolicach Kanału Żerańskiego. Komunikat policji po jego śmierci był krótki: "Mężczyzna był pod wodą kilka minut. Mimo reanimacji nie przeżył".

W połowie października jego znajomi i rodzina opublikowali w mediach społecznościowych relację z tamtego dnia. Dotarliśmy do tych osób, a brat Kamila zgodził się ze szczegółami opowiedzieć o wypadku w okolicach śluzy.

- To miała być ostatnia wyprawa skuterami wodnymi po Wiśle i Zalewie Zegrzyńskim w tym sezonie. Plan rejsu był taki: Gassy pod Konstancinem, Kanał Żerański, Zalew Zegrzyński i z powrotem - relacjonuje Łukasz Krzycholik, brat zmarłego Kamila.

Podkreśla, że wszyscy trzej byli w profesjonalny sposób przygotowani do poruszania się na skuterach wodnych - mieli stosowne uprawnienia i ubrania: pianki oraz kapoki.

Jak wynika z jego relacji, po raz pierwszy tego dnia pokonując śluzę żerańską mężczyźni zostali poinformowani, że wracając muszą zdążyć na godzinę 14:45, ponieważ o 15:00 obsługa tej zmiany kończy pracę. Przyznaje, że podczas pływania po Zalewie Zegrzyńskim zostali ukarani mandatem za robienie fal, co opóźniło o kilka minut ich powrót.

- Owszem, zostaliśmy zatrzymani przez policję i ukarani mandatem, ale poza tym nie zrobiliśmy nic złego - tłumaczy Krzycholik.

Po dopłynięciu do śluzy, mężczyźni mieli zapłacić za przejazd. - Wypływając spod mostu zauważyliśmy pracownika, który skierował nas w miejsce, gdzie mieliśmy zapłacić. Z prawej strony strony stał statek, z lewej też nie moglibyśmy się wydostać, więc wiadomo było, że chodzi mu konkretnie o to miejsce. Tym bardziej, że sam powiedział, że uiścimy opłatę wchodząc po schodkach - relacjonuje brat zmarłego mężczyzny.

Miejsce nie było wtedy w żaden sposób oznakowane. Brak tabliczek informacyjnych, jak i położenie statku, uniemożliwiające wjazd drugą stroną widać wyraźnie na zdjęciach naszego reportera, który tuż po zdarzeniu był na miejscu:

Jak zapewniają mężczyźni - Michał wyszedł na ląd, żeby zapłacić opłatę za przeprawę, a zmarły Kamil z bratem zostali na wodzie z wyłączonymi silnikami skuterów.

Wtedy pracownik obsługi miał załączyć urządzenie wyrównujące poziom wody w śluzie.

- Po kilku sekundach nawet nie zauważyłem, że zaczął nas wciągać wir. Zobaczyłem, że skuter idzie na dół. Mi udało się wydostać na powierzchnię przytrzymując się skutera, ale Kamil został wciągnięty pod wodę. Zacząłem krzyczeć, wołać o pomoc i o to, żeby zatrzymali urządzenie - relacjonuje Krzycholik.

Jak twierdzą mężczyźni, operator śluzy nie uwierzył w to, że Kamila wciągnął wir i w żaden sposób nie pomógł mężczyznom w poszukiwaniach tonącego mężczyzny. Zapewniają, że dopiero po kilku minutach przypomniał sobie, że na dnie znajduje się krata, która uniemożliwia przedostanie się większych obiektów w to miejsce.

- Gdyby nie zachowanie operatora śluzy, znaleźlibyśmy i wyciągnęlibyśmy Kamila spod wody dużo wcześniej. To my wezwaliśmy karetkę, straż pożarną i reanimowaliśmy go, do czasu przybycia służb, Pracownik śluzy w żaden sposób nam nie pomógł. To on jest odpowiedzialny za śmierć mojego brata - ocenia brat zmarłego Kamila.

Po tym tragicznym wypadku najbliżsi Kamila (brat, Michał oraz ich dziewczyny) udostępnili na popularnym portalu społecznościowym swoją relację z wydarzeń tamtej niedzieli.

- Chcieliśmy, żeby wszyscy się dowiedzieli, jak było naprawdę, że Kamil wcale nie szalał na skuterze po kanale, a za jego śmierć jest odpowiedzialna obsługa śluzy. Wszystkich, którzy coś widzieli, może byli na miejscu zdarzenia i mogą potwierdzić tę wersję wydarzeń prosimy o kontakt, to dla nas bardzo ważne. Jeżeli ktokolwiek mógłby pomóc, proszony jest o kontakt pod nr tel. 796-165-139 - tłumaczą w rozmowie z nami.

O sprawę zapytaliśmy prokuraturę. Jak przekazała nam Renata Mazur, rzecznik prokuratury okręgowej Warszawa-Praga, relacja rodziny i znajomych trafił do prokuratora prowadzącego sprawę i zostanie wykorzystana w toczącym się postępowaniu.

- Nie mogę ustosunkować się do zawartych w nim treści, albowiem przebieg zdarzenia jest przedmiotem wyjaśnienia w toku postępowania i na tym etapie jest za wcześnie, aby ujawniać, co ustalił prokurator - podkreśliła Mazur.

- Na razie dysponujemy wstępnym protokołem sekcji zwłok, który stwierdził zgon w wyniku niewydolności oddechowo-krążeniowej. Czekamy na pełny protokół - przekazała nam rzeczniczka Renata Mazur. Jak dodała, może to potrwać nawet kilka tygodni.

- W sprawie trwa postępowanie dowodowe mające na celu ustalenie dokładnych okoliczności zdarzenia oraz oceny prawidłowości postępowania osób uczestniczących w ruchu wodnym oraz obsługujących urządzenia regulujące ruch wodny. W sprawie przesłuchano świadków zdarzenia oraz zaplanowano kolejne przesłuchania świadków, a także trwa oczekiwanie na sporządzenie opinii sądowo-medycznej mającej na celu wyjaśnienie mechanizmu zgonu. Ponadto w sprawie konieczne jest uzyskanie i zapoznanie się z materiałami zgromadzonymi w toku postępowania Urzędu Żeglugi Śródlądowej - precyzuje Szymon Brzozowski, zastępca Prokuratora Rejonowego Warszawa Praga-Północ w Warszawie.

Śluza im. inż. Tadeusza Tillingera administrowana jest przez Regionalny Zakład Gospodarki Wodnej. Poprosiliśmy pracownika śluzy i jego przełożonych o odniesie się do zarzutów bliskich zmarłego oraz przedstawienie metody działania śluzy.

Przedstawiciele RZGW nie chcieli z nami rozmawiać. Treść e-maila, którego przesłała nam rzeczniczka prasowa, Urszula Tomoń, przytaczamy w całości: "W przytoczonej przez Panią sprawie obecnie toczy się śledztwo, zatem nie będziemy się wypowiadali na etapie toczącego się postępowania. Czekamy na wyniki śledztwa".

źródło:tvnwarszawa.pl